Kto komu ukradł „solidarność”?

Gdy w liceum pracowicie obrysowywałam wycięte z podziemnej gazety logo „Solidarności”, by przerobić na szablon, nikt nie pytał, czy mam do niego prawa autorskie. Gdy w nowojorskiej MOM-ie odbyła się wystawa prac Sanji Ivekowić, „Solidarność” nie protestowała. Może nie było tam pracy z kowbojką w samo południe? Pracy nawiązującej do wykluczenia kobiet z pamięci o „Solidarności” jako ruchu oporu, przeróbce plakatu wyborczego z 1989 roku, której autor również nie pytał nikogo o prawa autorskie.

Gdy chorwacka artystka Sanja Ivekowić zaczynała dopiero drogę do międzynarodowej sławy, zdarzało się, że zarzucano jej pogwałcenie praw autorskich, bo wykorzystuje plakaty reklamowe znanych firm, przerabia je, wiesza w galeriach i na miejskich murach.

Przedstawiciele firm, których reklamy stanowiły punkt wyjścia tych prac, nie znając języka publikacji, w której się znalazły, i nie rozumiejąc kontekstu, próbowali nawet pozywać pisma artystyczne o kradzież znaku towarowego. Czy dziś znaczek „Solidarność” to po prostu taki znak towarowy?

Związkowcy nie muszą znać się na sztuce, może nawet przegapili inną pracę Ivekowić. Artystka przygotowała w 2009 roku specjalnie pracę dla polskiej publiczności, zatytułowaną „Dom kobiet: okulary” serię plakatów, które powielone w tysiącu egzemplarzy, zawisły nie tylko we wnętrzu muzeum, ale i w przestrzeni miast. Sztuka wyszła w ten sposób na ulicę, a fakt, że dzieło tak łudząco przypominało oswojony na ulicy przekaz reklamowy, sprawiał, że publiczność przyjmowała je jak jeszcze jedną reklamę, zawieszając na nim oko podczas czekania na tramwaj czy zmianę świateł.

Dopiero po chwili stawało się jasne, że to nie przecena markowych okularów, ale historia Marii, Agnieszki czy jeszcze innej kobiety, której odmówiono prawa do aborcji, a która mogłaby być sąsiadką czytającej to kobiety. Materią owych plakatów były bowiem prawdziwe reklamy okularów przeciwsłonecznych znanych marek, opatrzone podpisami zaczerpniętymi z publikacji Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny pochodzącymi z Trybunału tej organizacji i jej publikacji „Piekło kobiet”. 

Przy okazji łódzkiego wernisażu tej wystawy miałam okazję porozmawiać z autorką.

Zapytałam o jej stosunek do oskarżeń o łamanie prawa autorskiego, nazywanego przez niektórych kradzieżą. Oczywiście, że kradnę, ale oni nas też codziennie okradają – odpowiedziała (w wolnym przekładzie) artystka.

Uwaga: tekst zawiera kilka naruszeń prawa autorskiego.


Korekta: Michalina Pągowska

A jeśli Ona nie chce?

Iza Desperak

– A co, jeśli ja po prostu nie chcę? – zapytała pewna kobieta.

1 (2)

Działo się to podczas pewnego szkolenia, na którym rozbrajano stereotypy używane przeciwko kobietom, równości, i tak dalej. Przy stereotypach dotyczących przerywania ciąży i próbie znalezienia języka, jakim dałoby się w ogóle mówić, nie tracąc godności i nie posługując językiem narzuconym nam z góry, (co wcale nie było łatwe), po przeglądzie wszystkich dramatycznych przykładów, od Alicji Tysiąc do zgwałconej nastolatki, a także argumentów w rodzaju: „a co, gdyby to była twoja córka, siostra, matka”, jedna z nas zapytała: „a co, jeśli ja po prostu nie chcę? No zaszłam w ciążę, nie zostałam zgwałcona, nic z tych rzeczy, ale po prostu wiem, czuję, że nie chcę mieć dziecka?”.

No właśnie. Bronimy prawa do aborcji, gdy kobieta została zgwałcona, gdy jest dziewczynką, gdy ciąża zagraża jej zdrowiu, gdy wiemy, że płód jest uszkodzony. Niekiedy jeszcze niektóre z nas bronią prawa do decyzji, gdy kobiety nie stać na dziecko, jak najczęściej interpretowano niegdyś klauzulę „z przyczyn społecznych”, albo gdy mąż jest alkoholikiem, a oni mają już sześcioro. W czasie, gdy dorosło kolejne pokolenie, zawiesiłyśmy się na obronie prawa kobiety do wyboru, odmawiając jej go i układając listę humanitarnych wyjątków, a sformułowanie „aborcja na życzenie” nie przechodzi nam przez gardło.

Kiedy ostatnio je słyszałyście wypowiedziane na głos? No, może z ust rzekomych obrońców życia, którzy zamienili je w obelgę.

Marine le Pen mówi ostrożnie, że nie powinno się finansować aborcji będących skutkiem kobiecej nierozwagi, jej polscy odpowiednicy grzmią o kobietach, które zachodzą w ciąże z powodu rzekomej rozwiązłości. To ta sama śpiewka, w której pojawiają się wciąż te same niby-argumenty, służąca jedynie odebraniu kobietom prawa do decydowania o sobie. Zauważcie, że Marine le Pen nie odwołuje się do świętości życia, jednak dąży do tego samego celu, co jego rzekomi obrońcy w Polsce. Zauważcie, że na początku XX wieku zwalczano nie aborcję, ale ruch na rzecz planowania rodziny, który zrodził się między innymi z szukania alternatywy dla przerwania ciąży jako jedynego dostępnego niezamożnym kobietom środka kontroli urodzeń.

Zauważcie, że po zakazie aborcji w Polsce nastąpił atak na zapłodnienie in vitro, mało mający wspólnego z szacunkiem dla życia (bo nigdy o nie nikomu nie chodziło).

Nie dajmy się zwieść demagogom chwytającym nas za serce, a to opowieściami o krzyku rzekomych ocaleńców aborcyjnych, a to o „rozrywkowych kobietach skrobiących się po każdej imprezie”. O wiele większe statystycznie szanse na zajście w ciążę mają kobiety w stałych związkach, zwłaszcza te, które motywowane nauczaniem kościoła lub tradycyjnym światopoglądem nie stosują antykoncepcji.

Zamiast pochylać się nad nierozwagą czy brakiem odpowiedzialności kobiet, które nie potrafią zapobiec niechcianej ciąży, przyjrzyjmy się mężczyznom, którzy do owych ciąż przyczyniają się aktywnie. Gdyby za każdym razem, gdy seks nie ma na celu poczęcia, miedzy kobietą i mężczyzną znajdowała się prawidłowo założona prezerwatywa oraz na wszelki wypadek środek plemnikobójczy, problem niechcianych ciąż przestałby wam spędzać sen z powiek. Zwłaszcza gdyby w przypadku, gdy prezerwatywa zawiedzie, można się było odwołać do pigułki „dzień po”. Naprawdę wierzycie, że te wszystkie niechciane ciąże to efekt zawodności męskiej mechanicznej antykoncepcji?

A jeśli nawet jedna na sto, tysiąc czy milion ciąż byłaby skutkiem kobiecej, a nie męskiej nieroztropności – naprawdę wierzycie, że najlepszym rozwiązaniem będzie pojawienie się na świecie niechcianego dziecka? Do jego pokochania nie zmusi kobiety żadna ustawa.

Są kobiety, które rodzą dziecko chore lub z gwałtu, bo to one tego pragną, są kobiety, które nie są w stanie pokochać poczętego w legalnym sakramentalnym nawet małżeństwie.

Od kilkunastu lat co jakiś czas bronimy kobiet przed zaostrzeniem Tej Ustawy, oddychamy z ulgą, gdy to się uda, zmęczone przyczajamy się na chwilę, by zebrać siły do następnej bitwy. Zamknięte w błędnym kole tego absurdalnego cyklu budzimy się nagle na tym, że bronimy status quo, rzekomego kompromisu, układu zawartego ponad naszymi głowami przez rząd i biskupów. Ta ścieżka nie prowadzi donikąd, jedynym wyjściem z tej pułapki jest domaganie się całkowitego zniesienia obowiązującej ustawy i zastąpienia jej nowoczesną ustawą o prawach reprodukcyjnych, której podstawą będzie decyzja kobiety, podjęta przez nią samą, nie przez ustawodawcę, lekarza, księdza. To teraz, na fali masowych protestów przeciwko kolejnym planom zaostrzenia ustawy, czas powiedzieć głośno, że chcemy prawa do aborcji dla wszystkich kobiet bez względu na to, dlaczego nie chcą urodzić, i bez konieczności tłumaczenia się przez nie.


Ilustracja: Patricija Bliuj-Stodulska

Rzecznicy, alimenty i 500 plus

Iza Desperak

Likwidacja Funduszu alimentacyjnego w 2004 roku wywołała bezradną wściekłość samotnych matek, których budżety domowe zatrzęsły się w posadach. Krok ten spotkał się z praktycznie zerowym zainteresowaniem i odzewem społecznym. Samotne matki zagryzły zęby w ciszy, przerywanej nielicznymi przypadkami skandali związanych z niepłaceniem alimentów przedostającymi się do opinii publicznej.

Pisał o nich „Superexpress”, zainteresowała się posłanka z PiS, a nawet Samoobrona. Bohaterki samotnej walki o alimenty, jak Renata Iwaniec, trafiły nawet na łamy „Wysokich Obcasów”. Na co dzień jednak niepłacenie alimentów było prywatną sprawę, od której państwo umywało ręce. I nawet przywrócenie Funduszu w 2009 roku, efekt kilkuletniej pracy mikrego ruchu społecznego, nie przełamało tabu wokół społecznego przyzwolenia na niepłacenie alimentów.

W przeddzień Dnia Dziecka, 31 maja 2005 roku, odbyło się spotkanie w biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, które otworzył sam Rzecznik Praw Obywatelskich, prof. Andrzej Zoll. Celem spotkania miało być przedstawienie i przedyskutowanie raportu krakowskiego Centrum Praw Kobiet i Stowarzyszenia na Rzecz Odpowiedzialnych Rodziców w sprawie egzekucji alimentów. Wśród uczestników miał być Paweł Jaros, ówczesny Rzecznik Praw Dziecka, jednak przywitał się tylko z zebranymi i oświadczył, ze musi opuścić spotkanie, bo ma wiele innych obowiązków – musi udać się na otwarcie wystawy „Papież i dzieci”. Spośród zaproszonych gości nie dotarła w ogóle prezeska Krajowej Rady Komorniczej, Iwona Karpiuk- Suchecka, zamiast niej na miejscu przeznaczonym dla referentów zasiadł pan Paweł Łukaszewicz, komornik z Wołomina, który sam zastrzegał się, że w żaden sposób nie reprezentuje środowisk komorników, i mówi wyłącznie w swoim imieniu. Sekretarz stanu w ministerstwie polityki społecznej, Cezary Miżejewski, wyszedł w połowie spotkania.

To było w 2005 roku. W 2015 roku, 18 września, łódzka Izba Komornicza zorganizowała konferencję prasową, inaugurującą akcję społeczną: „Nie odrzucaj swojego dziecka. Płać alimenty”. Zaprosili do udziału między innymi wicemarszałkinię Sejmu Wandę Nowicką, oraz Joannę Łukaszewicz, przedstawicielkę Stowarzyszenia Poprawy Spraw Alimentacyjnych „Dla Naszych Dzieci”. A 9 lutego 2016 roku w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich odbyło się posiedzenie Zespołu Ekspertów do spraw Alimentów, powstałego dzięki porozumieniu Rzecznika Praw Obywatelskich, Rzecznika Praw Dziecka, oraz między innymi Stowarzyszenia „Dla Naszych Dzieci”.

Powiedziałabym z perspektywy tych kilkunastu lat, że wreszcie jest to „dobra zmiana”. Doczekałyśmy się uwagi i instytucjonalnego wsparcia. Przez lata słyszałyśmy, że jesteśmy patologią, a nie rodzinami, że państwo nie jest ojcem, i że jak se pościeliłaś, tak masz. A jak się nie podoba, to trzeba unormować sytuację rodzinną, czyli wyjść za mąż i urodzić kolejne dziecko. Bez tego za rodziny nie uchodzimy.

Tysiące, dziesiątki i może setki tysięcy wyszły w tym samym 2016 roku na ulice w obronie państwa prawa. W tym państwie prawa niepisaną regułą było i jest nadal, że wyroki alimentacyjne nie są wyrokami sądów działających w majestacie prawa, bowiem są nieegzekwowalne przez państwo, z czego wynika, że państwo nie życzy sobie mieć z nimi do czynienia. Komornicy i rzecznicy – praw obywatelskich i praw dziecka – powolutku pokazują, że tak być nie musi. Ale to powolutku oznacza kilkanaście lat, czyli całe życie dzieciaka, którego przez całe swe dzieciństwo utrzymuje tylko matka, i który w dorosłość wkroczy bez owych kilkunastu tysięcy wkładu, które sąd nakazał wpłacać drugiemu z rodziców; bez owych kilkuset złotych, które budżetowi rodzinnemu przywróciłoby równowagę.

I gdy cała Polska spiera się, czy 500 złotych na dziecko to dobra zmiana czy wprost przeciwnie, pojedynczych rodziców w tej debacie nie ma. Inicjatywa, by samodzielnym rodzicom jednego dziecka podnieść próg dochodowy przeszła bez echa.

W państwie debatuje się, ilu dzieciom, kiedy i jak wypłacić owe 500 złotych. Nie ma mowy o tych dzieciach, które owe 500 złotych (lub 300 lub 800) mają ZAGWARANTOWANE wyrokiem sądu działającego w imieniu PAŃSTWA.


Korekta: Grzegorz Stompor

Czy Wałęsa stał w kolejkach, Kuroń prał pieluchy, Morawiecki przecierał zupki?

Iza Desperak

Oczywiście, że nie, oni przecież walczyli o Polskę – zdemaskował płciowy podział rewolucji Jacek Żakowski, usprawiedliwiając niejako wyższymi celami niepłacenie alimentów przez Mateusza Kijowskiego, lidera KODu. Na demonstracjach KODu odżywa duch dawnej Solidarności, ale przy okazji budzą się demony.

W popularnej wyobraźni oni walczyli, one czekały. W filmowych obrazach obcujemy z matkami Polkami, które nie oglądając się na mężczyzn robiły swoje. W „Człowieku z żelaza”, którego akcja dzieje się w 1980 roku, filmowa bohaterka jest w zaawansowanej ciąży. W filmie „80 milionów” z 2011 roku, odtwarzającego rok 1981, i brawurową akcję wrocławskiej Solidarności, znów mamy kobietę w ciąży. Prosi męża, by odwiózł ją do szpitala, ten mówi, że jutro rano nie może, nie musi wyjawiać, dlaczego, ona i tak w szpitalu się znajduje, opiekują się nią tam wszyscy. A on „poszedł na wojnę”. To współczesny film, wspaniale stylizowany, a końcówka wycisnęła mi łzy z oczu. Ale – to film o nieistniejącej wspólnocie, o wspólnocie chłopców, którzy ruszają na ZOMO, gdy żony bezpiecznie zaopiekowane są w szpitalu. Ciekawe, czy oni potem już, po „wojnie” wynosili śmieci, prali pieluchy… Ach, nie, oni zostali internowani. A potem? Po kilku latach, gdy wrócili? Wynosili śmieci? płacili alimenty?

Dawno, dawno temu (to jest w 1994 roku) Shanna Penn opisała paradoks solidarnościowej opozycji: choć Solidarność była ruchem w połowie stanowionym przez kobiety, choć po internowaniu mężczyzn kobiety wykonywały skutecznie całą podziemną robotę, to po zwycięstwie stanęły w drugim szeregu, jeśli nie ostatnim, gdy mowa była o chwale, laurach i zasługach. Jacek Żakowski obnażył drugą stronę schematu gender w polskiej transformacji: mężczyźni walczyli o wolność, co zwalniało ich z odpowiedzialności za nakarmienie rodziny. Karmiły kobiety, i jeszcze niektóre z nich znajdowały czas na tachanie ulotek, ukrywanie bibuły i organizację podziemnych lokali dla ukrywających się działaczy. Pewnie w tym lokalu znajdowała się lodówka, a w tej lodówce coś do zjedzenia.

Pamiętam, jak trudne było wtedy karmienie rodziny. By zrobić dziecku budyń trzeba było mieć mleko, jajko i łyżeczkę mąki ziemniaczanej, oraz choćby garstkę cukru. By podać twarożek, trzeba było dwa – trzy dni wcześniej kupić mleko, połowę zagotować, choćby na ten budyń, drugą odstawić na zsiadłe. Zanim zaczęło śmierdzieć, ale nie za wcześnie, trzeba było naczynie ze zsiadłym wstawić do garnka z wodą, powolutku zagotować, poczekać aż oddzieli się serwatka, modlić, by nie pękł słoik, wyłowić grudkę twarogu, zawinąć w gazę, uformować w gomółeczkę, powiesić dla odcieknięcia. Gdy gazy w aptekach nie było (nie było, bo zastępowała podpaski, których też nie było) gazę zastąpić można było tetrową pieluchą. W tym celu trzeba było w ciąży zdobyć kartki na pieluchy, których oczywiście nie było, potem je zdobyć, i prać regularnie przez dwa lata, by taką w najlepszym stanie móc przeznaczyć na gazę, po to by dwulatkowi zrobić biały serek, którego w sklepach nie było. Nie było też pampersów, pralek w sklepach, proszku do prania, no nic nie było. Kobiety jednak karmiły, nie tylko dzieci, pewnie mężczyzn też. A gdy naprawdę nic nie było, kobiety udawały się na ulice, by w marszu głodowym zażądać jedzenia dla swoich najbliższych. Takie marsze odbyły się w wielu miejscach, na zdjęciach i filmach kręconych przez ówczesne służby widać tłum – mężczyzn i kobiet, z kobietami na pierwszym planie, z dziećmi w wózkach, z transparentami. Ale to zdaje się nie była Walka o Wolność.

„Alimentare znaczy jeść” – brzmiał tytuł pierwszego w Polsce raportu o niepłaceniu alimentów. Jedzenie i alimenty mają wiele wspólnego. Jedne i drugie znajdują się poza porządkiem Walki o…, to jedynie element codziennej kobiecej walki o byt, z którą tak dzielnie sobie radzą, i przecież już nie trzeba prać pieluch ani stać w kolejkach. Więc dzieci nie ucierpią bardziej niż dzieci tamtych opozycjonistów, zaopiekowane przez kobiety nie tylko wtedy, gdy ci siedzieli, ale gdy poszli na wojnę.

Co nas czeka w nowym roku?

Zamiast przyłączać się do komentatorów „dobrej zmiany”, którą otrzymałyśmy_liśmy pod choinkę (nawet jeśli świąt nie obchodzimy), postanowiłam podzielić się tym, co nauka ma do powiedzenia na ten temat. Socjologia, bo tę jej gałąź reprezentuję, nie ma prawa ani narzędzi do orzekania o przyszłości (jako rzecze między innymi Zygmunt Bauman). Socjologia opisuje natomiast rzeczywistość społeczną, a jej najambitniejszym metodologicznie zadaniem jest uchwycenie zmian w owej rzeczywistości zachodzących. I socjologia nie orzeka, czy są to Dobre, czy Złe Zmiany.

6144135392_d3d15648ff_bZygmunt Bauman, fot. M. Oliva Soto, European Culture Congress

Życzę nam wszystkim, by socjologowie się nie mylili. Immanuel Wallerstein już w 1999 roku oznajmił, że świat, jaki znamy, odchodzi w przeszłość wraz z kapitalizmem. Uczestniczymy właśnie w narodzinach nowego porządku, którego możemy nie rozumieć, bo brak nam narzędzi jego poznania. Od tego czasu trochę się zmieniło w dziedzinie owych narzędzi, i oby tylko nam się wydawało, że kapitalizm trzyma się mocno.

Manuel Castells w 1997 roku opisał kres patriarchatu, który na naszych oczach jest zastępowany nowym, równościowym porządkiem społecznym. Nie wierzycie? Roland Inglehart i Pippa Norris w roku 2003 udowodnili empirycznie, opierając się na danych z 82 krajów świata, że fala równości płci nadeszła, a tam, gdzie nie dotarła dotąd, nadejdzie nieuchronnie po wzroście gospodarczym, poprawie warunków życia ludności i pogłębieniu procesów demokratyzacji. Jeśli nie zauważacie jej wokół siebie, to niedostatki demokracji jedynie to tłumaczą. Czy się zaangażujecie w KOD, czy organizację Manify, przyczynicie się do owej fali.

Wreszcie, Anthony Giddens już w 1992 roku opisał nowy porządek polityczny, któremu nadał nazwę „intimacy”, będący odpowiednikiem demokracji zbudowanym w sferze prywatnej, a nawet relacjach najbardziej intymnych, spełniający postulat drugiej fali feminizmu uczynienia prywatnego politycznym. I nie od rządów ani dyktatur, nie od Trybunału Konstytucyjnego nawet zależy, czy tę demokratyczną równość w relacjach najbliższych sobie zbudujemy. Czego nam wszystkim życzę.

Nie jest to felieton primaaprilisowy, tylko noworoczny. Autorów, koncepcji ani książek sobie nie wymyśliłam, wszystkie przetłumaczono na polski, załączam dla porządku listę polskich wydań. Raczej żaden minister nauki nie ma mocy ich unieważnienia.

I. Wallerstein, Koniec świata, jaki znamy, 2004

M. Castells, Siła tożsamości, 2008

R. Inglehart, P. Norris, Wzbierająca fala: równouprawnienie płci a zmiana kulturowa na świecie 2009

A. Giddens, Przemiany intymności. Seksualność, miłość i erotyzm we współczesnych społeczeństwach, Warszawa 2007

Ein Volk

Boicie się co będzie, gdy przyjdą uchodźcy? Bo ja – tak, coraz bardziej. Na myśl o tym, co spotka innych niż większość obywateli tego kraju, robi mi się zimno. Nie dlatego, że wiem, co spotyka ciemnoskórych, skośnookich czy studentki w chustach.

Dlatego, że wiem, co spotyka nie-do-końca prawdziwych Polaków, i nie zawsze do tego katolików. Dlatego, że moja matka, pytana o akcent, zawsze odpowiadała wyuczoną kwestią „ja z Wrocławia” i dziś nie znajdziecie w jej mowie śladu akcentu. Nawet jeśli ja, drugie pokolenie repatriantów, z dumą, a nie z lękiem, usłyszałam na egzaminie na studia: „Skąd pani jest?” bo używałam jakichś nietypowych związków frazeologicznych. Bo czuję się ja, drugie pokolenie, u siebie, i nawet podobno obnoszę się z tym, że być może noszę żydowskie nazwisko – a może nie. Mimo to, robi mi się zimno, gdy studenci śpiewają „Auschwitz, Birkenau, sialalala”. I nie odważę się zapytać mówiącego z lekkim akcentem listonosza, skąd jest bo a nuż jest, tak jak moja matka, pierwszym pokoleniem, słyszącym to pytanie na każdym kroku.

Robi mi się zimno, gdy studentka pyta mnie, czy jestem wierząca. Nie dlatego, że boję się odpowiedzieć. Dla niej Polacy dzielą się na wierzących i niewierzących, ale już nie na: wierzących katolików, ewangelików, prawosławnych, buddystów oraz nielicznych niewierzących. A nie-Polacy nie mają prawa znaleźć się na jej horyzoncie, i w tej samej sali wykładowej, być może również nie.

Od lat przebijam się równościową opowieścią o płci i seksualności. Gdy mówię na zajęciach, że przecież nie wszyscy w tej sali reprezentujemy hetero-większość, nikt się już nie oburza, a przecież kilkanaście lat temu takie stwierdzenie wywoływało co najmniej szmer. Gdy mówię, że pewnie obecni tu, różnie definiują swą męskość, kobiecość lub płeć po prostu, nikt nie protestuje. Gdybym powiedziała, że nie wszyscy tu obecni jesteśmy Prawdziwymi Polakami… ale nie mówię, bo robi mi się zimno.

Koncepcja jednoetnicznej Polski, lekko przedwojenna, uzyskała zielone światło w PRL, i choć obaliliśmy podobno komunę i zbudowaliśmy nowy świat, nikt nie próbował pod nią podłożyć ładunku wybuchowego, w końcu nie był to Lenin w Poroninie. Po 1989 roku do ów wizji jedynego Polaka dołożyliśmy Polaka – katolika, który przecież nieniepokojony siedział gdzieś w kącie, nie tylko w końcówce PRL. Poszliśmy tą samą drogą, co byli Jugosłowianie, odbudowujący swoje życie w granicach zakreślonych przez jeden język, jeden naród i jedną religię. Ein Volk.

Mamy teraz mniejszość niemiecką w sejmie i napisy po kaszubsku na Kaszubach, czyli wieloetniczność, ale oczywiście dziadek Kaszuba musiał być w Wehrmachcie, a dziadek mój… już się boję myśleć gdzie, i na wszelki wypadek nie mówię, skąd jesteśmy. Żaden obciach, ani trauma, ale dla mojej mamy film „Sami swoi”, ten o Kargulu i Pawlaku, przyszedł o dwadzieścia lat za późno. A ci, co ich przesiedlili w ramach akcji „Wisła”, w ogóle swojego filmu nie mają. A ci, co mają swoje niby filmy, też się nie wychylają.

I tak po cichu my, bez akcentu czy skośnych oczu, nie wychylający się, stoimy i świecimy oczami podczas kolejnego marszu przeciwko uchodźcom, a obok nas stoją ci o nieco ciemniejszej skórze, nieco innym wykroju oczu, choć ich dzieci zgubią obcy akcent, tego nie zgubią. Współczujemy im bardziej bo w jednym malutkim promilku dzielimy ich obcość? A może przez ten mały promilek nie-do-końca polskości dzielimy ich strach? I tym bardziej razem boimy się, co spotka tych, jeszcze-bardziej-innych jak już tu trafią?

Iza Desperak

Korekta: Zofia Wierzcholska

Dla kogo związki?

Iza Desperak

Upalne lato 2015, „na kogo głosujesz?”, odpowiadam, że na szczęście mam na kogo, wyjawiam, i nagle ups, „no co ty, przecież ta partia to…”. Kolega i człowiek, którego szanuję zaczyna argumentować, że przecież ta partia nie chce, by on miał kiedyś godną emeryturę. Dodam jeszcze, że partia, na której kandydatkę głosuję, ma niezbyt humanitarne podejście do praw pracowniczych, i nie mówi ani słowa o prekariacie, ani o mojej emeryturze. Ale obiecuje związki partnerskie i świecką szkołę, a to dla mnie, sfrustrowanej wyborczyni, to dużo. Świeckie państwo, równość małżeńska i pozostawienie kobietom decyzji o przerwaniu niechcianej ciąży to trzy wymarzone postulaty, których jak dotąd nikt mi nie obiecuje. Głosuję więc na tych, co choć zbliżają się do mego wyborczego ideału.

Drogi M., leżą mi na sercu emerytury, moja, twoja, i naszych dzieci. Leży mi też na sercu równość małżeńska, mimo że nie zamierzam zawierać jakiegokolwiek związku ani z mężczyzną, ani z kobietą – wiem jednak, że wiele osób, które mogłyby zapragnąć zawrzeć takie związki, nie może nawet o nich pomyśleć, nie wspominając o spełnieniu marzenia o wspólnych dzieciach. Ty zaś mogłeś wziąć ślub, gdy tego zapragnąłeś, i nikt nie odmawia ci prawa do ojcostwa. Biologia i demografia uwolniły mnie od potencjalnego macierzyństwa, jednak wciąż chciałabym, by wszystkie kobiety i wszystkie pary mogły decydować, czy, ile i kiedy chcą dzieci. I wiem, że jedno i drugie lepiej przeprowadzić w świeckim państwie, a poza tym egoistycznie przeraża mnie myśl o religii w przedszkolu i szkole, do której trafi niedługo mój wnuczek.

Blisko mi do lewicowej wrażliwości, jednak geje i lesbijki to nie tylko wyborcy lewicy. Czasem nie po drodze z lewicą moim koleżankom, które przecież też powinny mieć prawo do miłości, a są przedsiębiorczyniami, którym lewica niewiele ma do zaoferowania. Prawo do wyboru powinny mieć nie tylko ateistki i osoby religijnie indyferentne, ale i wierzące, i praktykujące katoliczki, jak również protestantki, żydówki i muzułmanki. Prawo do równości w miłości, gdy je wreszcie uchwalimy w tym naszym sejmie, służyć będzie także wyborcom PiSu, a nawet otwartym homofobom – oni też będą mogli zawrzeć cywilny związek partnerski. W którym sejmie, pytacie? No cóż, chyba nie w tym, co go wybieramy 25 października, ale kto wie?

Od owego letniego popołudnia, gdy odbyła się pamiętna rozmowa, od której zaczęłam, minęło raptem kilka tygodni. I oto mamy trzy ugrupowania (dwie partie i jedną koalicję) prześcigające się w deklaracjach, która jest bardziej przychylna postulatom równości osób LGBT, i wytykające konkurentom niewystarczające zaangażowanie. Jedni mówią o równości małżeńskiej, a w programie mają tylko związki partnerskie, drudzy podpisują tęczową deklarację, ale nie zakotwiczają jej wystarczająco w programie – ścigamy się na fejsbukach w wyliczaniu tych niedociągnięć. I już nikt nie nazywa nas lewicą obyczajową, a związki partnerskie przestają być domeną wyłącznie lewicy. I dobrze, bo tylko gdy będzie to nasza wspólna sprawa, kolejny sejm uchwali ustawę o związkach, a może od razu o równości małżeńskiej? Skąd niedaleko już do sejmu, który przegłosuje ustawę o równym statusie kobiet i mężczyzn, która jakby nie było dotyczyłaby 99 procent społeczeństwa. 

„Pani Matka” lub kwiat twej kobiecości

Iza Desperak

Wrzesień 2005 roku był tak upalny, że otwarto ponownie baseny zamknięte z końcem wakacji, leżałam sobie w ciepłym słońcu i patrzyłam na kąpiących się. Potem jeszcze przez tydzień brodziłam w ciepłej jak zupa wodzie ciepłego morza, co okazało się świetną terapią, zwłaszcza że czekałam nerwowo na wynik badania wycinka. Gdy wróciłam, dostałam jeszcze laser na bliznę pooperacyjną i po kilku miesiącach zaczęłam zapominać jak strasznie mnie wtedy bolało. Nowe wyzwania w pracy, nowa rzeczywistość polityczna (wtedy też wygrał PiS, pamiętacie?), i pogodzenie się z tym, że już nie mogę dźwigać tyle, co kiedyś. Ale żyję, i prawie mnie nie boli.

Zaczęło się od mojej córki, która nie godziła się na to, jak traktował ją „państwowy” ginekolog. 

– Zróbmy sobie prezent na 8 marca i chodźmy prywatnie do lekarza – zaproponowała.

Samego 8 marca to mięliśmy manifę, ale parę dni później wylądowałyśmy w prywatnym gabinecie. Akurat rozpoczęłam pracę na drugim etacie i było mnie wreszcie na to stać.

– Ale tu coś jest – orzekła lekarka podczas badania. Nie chciałam w to wierzyć, przecież regularnie chodziłam do lekarza, robili mi USG, brałam te wszystkie hormony i zastrzyki… Ale postawiona diagnoza dotarła, jeśli nie do mojego umysłu, to do ciała: zaczęłam TO czuć. Najpierw jadąc na rowerze, potem goniąc autobus, potem już codziennie, gdy się budziłam, i gdy zasypiałam. Kolejne skierowania, badania i czekanie na miejsce w szpitalu, od owej marcowej wizyty do operacji upłynęło prawie pięć miesięcy ze świadomością, że COŚ we mnie rośnie, coś co wyrasta bezpośrednio z mojego ciała, jest moją własną tkanką, ale jest teraz moim wrogiem. Wróg czaił się w macicy i zajmował ją ekspansywnie, więc pod koniec sierpnia został wyeliminowany, wraz ze swym schronieniem.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, gdy umierała na nowotwór macicy, pisała o niej czule „pani matka”. Bo to macica staje się matką, i z macicy się wszyscy narodziliśmy. Dziś nie tylko poetka miałaby większe szanse na przeżycie, ale i macice próbuje się przeszczepiać, by kobieta mogła cieszyć się macierzyństwem. Moja córka, która spędziła w mojej macicy 9 księżycowych miesięcy, przyczyniła się do tego, że straciłam macicę – a ona nie straciła matki.

Macica to dla wielu kwintesencja kobiecości. Zżymam się na różnych damskich spotkaniach, gdy pada hasło „wszystkie jesteśmy kobietami, wszystkie mamy macice”. No nie, nie wszystkie, i co? Brak macicy uniemożliwia zostanie matką, nie pomoże tu żadne in vitro, a kobieta pozbawiona rodzenia przestaje być prawdziwą kobietą, nawet gdy ma już dorosłe dzieci – uważają niektórzy. Niektóre kobiety przywiązują się do tej definicji tak bardzo, że ryzykują życie, by nie stracić swej kobiecości. Niektóre wciąż od tego umierają.

Gdy wypisywano mnie ze szpitala, nastąpiła krótka instrukcja, że przez 6 tygodni zero seksu, a potem już można. Było mi to absolutnie obojętne, bo obolała myślałam o tym, jak zejść po schodach, i zasnąć w domu po raz pierwszy bez zastrzyku. W dodatku lekarze nie powiedzieli mi, że raczej nie powinnam tuż po brać się za remont mieszkania, który był wtedy dla mnie nieco bardziej priorytetowy niż seks. Ale minęło trochę czasu, i miałam okazję sprawdzić, że usunięcie trzonu macicy nie ma żadnego negatywnego wpływu na sam seks, choć oznacza wcześniejsze klimakterium. Jajniki, nawet jeśli je jeszcze mamy, przestają po jakimś czasie pracować, i kobieta zaczyna się starzeć, nieco wcześniej niż zaprogramowała to dla niej Matka Natura. Skóra wiotczeje, włosy tracą blask, a talia zanika. Można sobie z tym radzić za pomocą hormonalnej terapii zastępczej, ale miesiączka już nigdy nie wróci. A starzenie się dotyczy nas wszystkich, które dożyjemy pewnego wieku, i żadne kremy ani hormony tego nie zatrzymają – choć mogą opóźnić. Więc kupuję kremy i co roku robię mammografię, tak w okolicach 8 marca.

Korekta: Monika Mioduszewska-Olszewska

Pakiet Franciszka: ekologia i zakaz aborcji, czyli dwa w jednym

Punkt 120 wychwalanej pod niebiosa encykliki Laudato si zaczyna się następująco: „Ponieważ wszystko jest ze sobą powiązane, nie da się pogodzić obrony przyrody z usprawiedliwianiem aborcji”. Być może nie wszyscy doczytali, lecz zdumiewa mnie entuzjazm i brak dystansu wobec pakietu, który Franciszek próbuje nam właśnie wcisnąć.

W kraju, w którym na pomniki i ronda Jana Pawła natykamy się wszędzie, a politycy wycierają sobie gębę Chrystusem Królem, encyklik się raczej nie czyta. Kult JPII jakoś nie obejmuje kultu dla treści zawartych przez Wojtyłę w Laborem Exercens, encyklice poświęconej pracy, gdzie mowa o godności człowieka pracy i godnej płacy. Opublikowana w 1981 roku miała być wyrazem papieskiego poparcia dla rewolucji „Solidarności”, jednak gdy rewolucja ta odniosła zwycięstwo nad wrażym komunizmem, encyklikę pogrzebano pod kultem JPII, który rozpoczął się jeszcze za jego życia. Transformacji w Polsce nie przyświecały hasła godności pracy, ale encyklika Evangelium Vitae z 1995 r. poświęcona wartości nienaruszalności życia. Tej pewnie też nikt nie czytał, ale bardziej pasowała do nowych czasów i nowego kierunku transformacji wyznaczonego właśnie przez Polskę: de-sekularyzacji państwa, symbolizowanego przez wszechobecne krzyże, likwidacji praw pracowniczych – oraz zakazu aborcji.

Przyzwyczailiśmy się do tego, że boskie prawo obejmuje wszystkich obywateli teoretycznie demokratycznego kraju i że żaden demokratyczny instrument z supremacją dekalogu nie wygra (czego najnowszym dowodem jest sprawa Chazana, który będzie świetnym ministrem zdrowia w nowym rządzie). Obserwujemy z niepokojem odrywanie się wyspy Polska od reszty Europy i pocieszamy się, że w Afganistanie mają gorzej. Nasze państwo dzielnie broni obywateli innych państw przed szariatem, przekonując nas, że o to chodzi w demokracji – ale tak naprawdę Afganistan, Irak i kolejne cele NATO to kolejne odsłony świętej wojny z niewiernymi.

Od dawna przeczuwam, że to tylko początek, a Polska jest liderem globalnego procesu. Przecież nie tylko u nas próbuje się ograniczyć prawo kobiet do wyboru, zakaz aborcji lansują polscy politycy na Litwie, wystawy ze skrwawionymi płodami, znane i u nas, objeżdżają Słowację. W Rumunii próbuje się właśnie ograniczyć dostęp do aborcji, który był dotychczas symbolem zwycięskiej walki z reżimem Ceauşescu. Zakaz aborcji w Portugalii zniesiono dopiero kilka lat temu i wciąż są tam całe połacie kraju, gdzie wszyscy lekarze, powołując się na klauzulę sumienia, obchodzą nowe prawo. W Hiszpanii właśnie próbowano ograniczyć prawo do aborcji, a i rosyjska cerkiew dzielnie działa w tym temacie.

Papież wydaje ekologiczną encyklikę, w której ochrona środowiska jest ściśle powiązana z „ochroną życia ludzkiego”. Encyklikę reklamuje zabawny filmik i – voila, wszyscy to kupują!

W myśli i praktyce ekologicznej jest wiele nurtów, papież wybrał sobie ten, w którym aborcja jest „nienaturalna”, podobnie jak hormonalna antykoncepcja. I przy naszym entuzjazmie dla wszystkiego co watykańskie przyjmiemy, że jest to jedyne możliwe stanowisko. Są przecież inne ekologiczne ruchy sprzeciwiające się antykoncepcji. Są kobiety, które odrzucają antykoncepcję hormonalną, bo hormony wraz z moczem trafiają do ścieków, a stamtąd do mórz, zaburzając ekosystem, i podobno nawet zmieniają płeć ryb!

Nie, papież nie odwołuje się do zdobyczy ekofeminizmu, bo przecież feminizm godzi w rodzinę i sprzeciwia się boskiemu planowi. Zadaniem Kościoła katolickiego na całym świecie jest wdrażanie boskiego planu: idźcie i rozmnażajcie się, gdzie ludzie, zwłaszcza kobiety, są tylko jego elementami. A ekologiczne opakowanie, jak widać, pomaga ten produkt wcisnąć, także młodym i nowoczesnym, segregującym śmieci i kupującym jajka eko. I będzie świetnym chwytem dla pozyskania poparcia w ograniczeniu dostępu do antykoncepcji w Polsce, ograniczenia prawa do aborcji w jakimś europejskim kraju oraz zmuszania dziesięciolatek do rodzenia nie tylko w Południowej Ameryce.

Iza Desperak

Komorowski czy Duda, uda się czy nie uda

Czy rak, czy ryba, durak kandyba – taka głupia rymowanka przykleiła się do mnie w powyborczy poniedziałek, gdy okazało się, że jednak Duda. Czy rak czy Duda, wsio ryba – dopowiedziałam sobie pointę. Czym różnią się obaj kandydaci? Duda chce karać więzieniem lub utratą uprawnień do wykonywania zawodu lekarzy wykonujących zabiegi in vitro (ekskomunika to za mało), Komorowski zaś na spotkaniu z łódzkimi środowiskami kobiecymi na całą Polskę oświadczył, że in vitro to trudna i kontrowersyjna kwestia, którą należy pozostawić własnemu sumieniu. Zresztą, po zderzeniu się z wynikiem pierwszej tury z pewnością nie zaryzykuje już tak „liberalnej” deklaracji.

To samo spotkanie (na którym m. in. komplementował też nieco seksistowsko feminizację Łodzi i podkreślił, że on sam oczywiście nie miał żadnych problemów ze spłodzeniem piątki swoich dzieci) zaczął jednak od stwierdzenia, że fundamentem polskiej zgody jest tak zwany kompromis aborcyjny. To samo powtarzała wyborcom pierwsza dama.

Nikt temu otwarcie nie zaprzeczy. Kłamstwo o rzekomym kompromisie aborcyjnym jest wejściówką do świata polityki. Wszyscy kandydaci milczą o aborcji. Zapłodnienie in vitro jest jedynym tematem związanym z prawami reprodukcyjnymi dopuszczalnym w debacie publicznej, i to tej „kontrowersyjnej”. Wszyscy milczą o prawach osób LGBTQ. Nawet nie zająkną się na temat religii w szkole, nie zdejmą krzyża w Sejmie ani w pałacu prezydenckim. Jedyne komunikaty w tych tematach, które docierają do wyborców, to kłamstwa o rzekomej zgodzie zawartej gdzieś na górze, co skutecznie wyklucza inaczej myślących z jakiegokolwiek politycznego działania. Nawet w formie oddania głosu w wyborach.

W wyborach w 1989 roku, by zdobyć głosy wyborców, wystarczyło mieć zdjęcie z Wałęsą. Dziesięć lat później trzeba było mieć zdjęcie z papieżem, w wyborach prezydenckich w 2000 roku miał je zarówno post-solidarnościowy Marian Krzaklewski, jak i post-PZPRowski Aleksander Kwaśniewski. Jolanta Kwaśniewska przekonywała, że „nasza rodzina kieruje się w życiu Dekalogiem”, co było kampanijnym majstersztykiem. W 2015 nie ma już Jana Pawła II. Kandydaci ścigają się o to, kto będzie świętszy od papieża. Jedynie Janusz Palikot próbował się niegdyś wyłamać z zaklętego kręgu tronu z ołtarzem, nie przyniosło mu to jednak sukcesu. Paweł Kukiz śpiewał kiedyś, że ZChN zbliża się, ale mu się odwróciło.

Wyborcza obietnica intronizacji Chrystusa Króla złożona przez Grzegorza Brauna była nie do przeskoczenia. Wszyscy kandydaci jednak próbowali, odmieniając zawsze na wszelkie sposoby mantrę „polska rodzina”, co w sumie wydaje się niegroźne przy antysemickim „nie dla żydowskich roszczeń” i homofobicznym „stop sodomii”. Każdy wyborca wie, że polska rodzina to chłopak i dziewczyna, ale jak urodzi im się dziecko, to ich prywatna sprawa i polityki prorodzinnej przecież nie będziemy im fundować. Aborcja zresztą też jest prywatną sprawą, o ile mamy kasę i robimy to dyskretnie. Polska przedmurzem chrześcijaństwa jest od wieków, dzielnie walczącym z islamskim terroryzmem. Będziemy do ostatniej kropli krwi bronić przed prawem szariatu mieszkańców Iraku, Afganistanu i kolejnych krajów. (I znów nie starczy na alimenty, zasiłki czy leczenie waszych dzieci).

Szczerze zazdroszczę wyborcom, którzy w tym zestawie znaleźli choć jedną obietnicę, na którą czekali, i mieli na kogo oddać swój głos. Spotkałam nawet w powyborczy poniedziałek panią, która głosowała na tego naszego, z gór, i nie rozumie tych, co narzekają, bo potrzebny nam porządny prezydent, jak w Rosji. Tamten do łagrów wsadzał, ale był porządek.

Od 1993 roku czekam na wyborczą obietnicę zniesienia zakazu aborcji, wprowadzenia związków partnerskich i realnej świeckości państwa. W ostatnich wyborach parlamentarnych głosowałam na Wandę Nowicką, specjalnie pojechałam głosować w innym okręgu. W prezydenckich głosowałabym na Annę Grodzką lub Wandę Nowicką – no cóż, obydwu zabrakło naszego wsparcia w rejestracji. No i jest jeszcze Robert Biedroń, ale on wybrał rolę prezydenta Słupska – zapewne też na skutek zmierzenia się z sejmowymi wiatrakami. Więc w obecnych wyborach znów skreślam wszystkich kandydatów, choć przestaję mieć nadzieję, że to coś zmieni.

No, chyba, że wystartuję w 2020. Pomożecie zebrać podpisy i kasę?

Iza Desperak