„Pani Matka” lub kwiat twej kobiecości

Iza Desperak

Wrzesień 2005 roku był tak upalny, że otwarto ponownie baseny zamknięte z końcem wakacji, leżałam sobie w ciepłym słońcu i patrzyłam na kąpiących się. Potem jeszcze przez tydzień brodziłam w ciepłej jak zupa wodzie ciepłego morza, co okazało się świetną terapią, zwłaszcza że czekałam nerwowo na wynik badania wycinka. Gdy wróciłam, dostałam jeszcze laser na bliznę pooperacyjną i po kilku miesiącach zaczęłam zapominać jak strasznie mnie wtedy bolało. Nowe wyzwania w pracy, nowa rzeczywistość polityczna (wtedy też wygrał PiS, pamiętacie?), i pogodzenie się z tym, że już nie mogę dźwigać tyle, co kiedyś. Ale żyję, i prawie mnie nie boli.

Zaczęło się od mojej córki, która nie godziła się na to, jak traktował ją „państwowy” ginekolog. 

– Zróbmy sobie prezent na 8 marca i chodźmy prywatnie do lekarza – zaproponowała.

Samego 8 marca to mięliśmy manifę, ale parę dni później wylądowałyśmy w prywatnym gabinecie. Akurat rozpoczęłam pracę na drugim etacie i było mnie wreszcie na to stać.

– Ale tu coś jest – orzekła lekarka podczas badania. Nie chciałam w to wierzyć, przecież regularnie chodziłam do lekarza, robili mi USG, brałam te wszystkie hormony i zastrzyki… Ale postawiona diagnoza dotarła, jeśli nie do mojego umysłu, to do ciała: zaczęłam TO czuć. Najpierw jadąc na rowerze, potem goniąc autobus, potem już codziennie, gdy się budziłam, i gdy zasypiałam. Kolejne skierowania, badania i czekanie na miejsce w szpitalu, od owej marcowej wizyty do operacji upłynęło prawie pięć miesięcy ze świadomością, że COŚ we mnie rośnie, coś co wyrasta bezpośrednio z mojego ciała, jest moją własną tkanką, ale jest teraz moim wrogiem. Wróg czaił się w macicy i zajmował ją ekspansywnie, więc pod koniec sierpnia został wyeliminowany, wraz ze swym schronieniem.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, gdy umierała na nowotwór macicy, pisała o niej czule „pani matka”. Bo to macica staje się matką, i z macicy się wszyscy narodziliśmy. Dziś nie tylko poetka miałaby większe szanse na przeżycie, ale i macice próbuje się przeszczepiać, by kobieta mogła cieszyć się macierzyństwem. Moja córka, która spędziła w mojej macicy 9 księżycowych miesięcy, przyczyniła się do tego, że straciłam macicę – a ona nie straciła matki.

Macica to dla wielu kwintesencja kobiecości. Zżymam się na różnych damskich spotkaniach, gdy pada hasło „wszystkie jesteśmy kobietami, wszystkie mamy macice”. No nie, nie wszystkie, i co? Brak macicy uniemożliwia zostanie matką, nie pomoże tu żadne in vitro, a kobieta pozbawiona rodzenia przestaje być prawdziwą kobietą, nawet gdy ma już dorosłe dzieci – uważają niektórzy. Niektóre kobiety przywiązują się do tej definicji tak bardzo, że ryzykują życie, by nie stracić swej kobiecości. Niektóre wciąż od tego umierają.

Gdy wypisywano mnie ze szpitala, nastąpiła krótka instrukcja, że przez 6 tygodni zero seksu, a potem już można. Było mi to absolutnie obojętne, bo obolała myślałam o tym, jak zejść po schodach, i zasnąć w domu po raz pierwszy bez zastrzyku. W dodatku lekarze nie powiedzieli mi, że raczej nie powinnam tuż po brać się za remont mieszkania, który był wtedy dla mnie nieco bardziej priorytetowy niż seks. Ale minęło trochę czasu, i miałam okazję sprawdzić, że usunięcie trzonu macicy nie ma żadnego negatywnego wpływu na sam seks, choć oznacza wcześniejsze klimakterium. Jajniki, nawet jeśli je jeszcze mamy, przestają po jakimś czasie pracować, i kobieta zaczyna się starzeć, nieco wcześniej niż zaprogramowała to dla niej Matka Natura. Skóra wiotczeje, włosy tracą blask, a talia zanika. Można sobie z tym radzić za pomocą hormonalnej terapii zastępczej, ale miesiączka już nigdy nie wróci. A starzenie się dotyczy nas wszystkich, które dożyjemy pewnego wieku, i żadne kremy ani hormony tego nie zatrzymają – choć mogą opóźnić. Więc kupuję kremy i co roku robię mammografię, tak w okolicach 8 marca.

Korekta: Monika Mioduszewska-Olszewska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *